Piotr Stępniak :: Start
Piotr Stępniak
pl | en

Seminaria

Wrażenia z seminariów i szkoleń na których już byłem...

Seminarium Aikido z Shihanem Christianem Tissier, 15-16 listopada 2008, Suchy Las - Poznań

Czekaliśmy dwa lata na to, żeby Shihan Christian Tissier znowu odwiedził Poznań. Bardzo smutnym jest fakt, że nie powróci tu przez kolejne 2 lub 3 lata ale ilość motywacji do treningów po tym stażu wystarczy nam na dwa raz więcej czasu :) Innymi słowy: kolejne świetne seminarium! Mnóstwo pracy włożyli w staż organizatorzy aby uczynić go doskonałym, i udało się! Tak wysoka jakość czasu spędzonego na blisko tysiącu metrów kwadratowych tatami z jednym z najlepszych nauczycieli budo jest moim zdaniem rzadkim przeżyciem.

Sensei Tissier był w bardzo dobrej formie i humorze. Jak zwykle poprowadził świetny metodycznie trening, pomimo faktu, że plan powstawał na bieżąco, regulowany poziomem uczestników.

Tematem wiodącym zajęć były punkty i granice. Punkty w oddziaływaniu Tori-Uke, które są niezbędne do wykonania techniki. Kolejny raz Sensei podkreslał, że konstrukcje/formy, jakie ćwiczymy na treningach są niczym więcej, niż drogą do nauki gdzie są te "punkty" i jak je odnaleźć (oczywiście poza ćwiczeniem pozycji, zachowania pola widzenia, równowagi - podstaw). Jeśli chodzi o aplikacje powinniśmy zawsze bezpośrednio podążać do punktu i to jest jedyna droga aby aikido działało w realnej sytuacji zagrożenia. Oczywiście Sensei Tissier nie zapomniał okrasić swoich przemyśleń wspaniałymi przykładami technik. Najbardziej podobało mi się jodan-tsuki - kaiten nage, które było przy okazji jednym za najlepszych przełożeń techniki z bokken. Co nie zmienia faktu, że pozostałe techniki, jakie ćwiczyliśmy w niedzielę, były jak zwykle doskonałym materiałem dydaktycznym i pokazywały w najprostszy sposób podstawy ruchu w technikach bez broni i ich zastosowaniach.

W oparciu o "odnajdywanie punktów" Sensei Tissier wytłumaczył nam także pojęcie granic oraz jak rozwijała się jego własna technika (i być może nasza będzie). Powiedział, że jest kilka faz nauki: faza technik wykonywanych siłowo, następnie siłowo ale i coraz lepiej technicznie. Osiągnięcie szczytu doskonałości technicznej - "Kiedy nie można już robić szybciej ani silniej" - zmusza nas do poszukiwania innych dróg na wykonanie techniki. Sensei tłumaczył dużo na temat granic w wykonywaniu każdej techniki, oraz co zmusiło go do odszukania krótszych i efektywniejszych sposobów ich wykonania. Świetnym przykładem było katate-dori - uchi-kaiten-nage z nagłym zatrzymaniem uke zaraz po chwycie. Dla mnie osobiście wyglądało to jak powrót do korzeni aikido - aiki-jitsu, ale z dokładnie przestudiowanym każdym najmniejszym szczegółem ruchu. Ale pewnie każdy widzi co chce ;)

Inną myślą wartą wspomnienia był temat kiai. Sensei Tissier wyjaśnił, że kiai jest niczym osobowość (nasze unikalne "ja"), odnalezienie własnego kiai jest odnalezieniem własnej wibracji. Kiai powinno być zawsze takie same, zupełnie jak doskonałe ciecie mieczem. Przy okazji - kiai Senseia miało świetne echo :).

Na dodatek świetnych treningów bardzo przyjemnie spędziłem czas pomiędzy nimi z przyjaciółmi, szkoda, że niektórych z Was widuję tak rzadko! ;) Domo arigato i do następnego spotkania!

Fotki z seminarium można obejrzeć w Galerii Kołobrzeskiego Klubu Aikido

.

Obchody XV-lecia Chi Ryu w Polsce, 18-19 października 2008, Zakopane

XV-levie Chi Ryu Aiki Ju Jitsu w PolsceDomo arigato gozaimasu! To był super staż, obfity merytorycznie, w świetnej atmosferze, doskonale zorganizowany, słowem wspaniale uczczone XV-lecie Chi Ryu w Polsce :-) W mojej głowie wciąż kłębi się mnóstwo wrażeń, ale postaram się je nieco usystematyzować na sposób chronologiczny.

Piątek, 23:56. Wybiegam z domu z tobołkami i bronią na parking, znowu na ostatnią chwilę...

Sobota, 0:30. Wyruszamy spod domu Sensei Artura w Zaborze. Czeka nas wiele godzin jazdy. Podekscytowanie miesza się z lekkim przerażeniem całonocną podróżą. W myślach mam wspomnienia z podróży z 2000 roku do Oświęcimia na EMAC (European Martial Arts Course), kiedy to jechaliśmy z Arturem również całą noc. Wtedy było to nasze drugie spotkanie z Shihanem Jhonnym Bernaschewice, założycielem szkoły Chi Ryu, dopiero go poznawaliśmy. Tym razem zarówny my, jak i reszta załogi w postaci Łukasza i Michała, dobrze wiedzieliśmy co nas czeka na miejscu. A może tylko się nam tak wydawało...

3:43. Korzystając z suszarki do rąk niechcący obudziłem pana "czuwającego" w toalecie na jednym ze zjazdów na autostradzie. Opowiedział nam kilka "dziwnych" historyjek jak piliśmy kawę z automatu i posilaliśmy się kanapkami. Ulotniliśmy się dość szybko... ;-)

4:35. Kryzys senności minął, trochę za sprawą napoju energetyzującego, trochę dzięki zimnemu powietrzu na stacji paliw w Gliwicach. Łukasz z Michałem dzielnie wypoczywają na tylnych siedzeniach, gotowi w każdej chwili zająć nasze miejsca w razie potrzeby. Płyta z muzyką powoli zaczyna nam się nudzić, a radio kiepskie.

6:23. Oświęcim. Dołączyliśmy do grupy Sensei Przemka. Jest tu wiele znajomych nam i lubianych twarzy, m.in. Krzysiek, Żaneta, Patrycja, Marek i inni. Czekamy z dalszą droga na pewną śpioszkę... ;)

XV-levie Chi Ryu Aiki Ju Jitsu w Polsce9:56. Zakopane: u celu. Ominęliśmy Zakopiankę na rzecz bocznej trasy, która miała być szybsza. Na pewno była ciekawsza... :D Na szczęście jest 30-minutowe przesunięcie, więc zdążyliśmy w sam raz.

10:30. Uroczyste powitanie i rozpoczęcie pierwszego treningu. Wśród czarnych pasów stoi wielu ludzi związanych z Chi Ryu od początku istnienia szkoły w Polsce. Jest też kilka świeżych osób. Podobnie ma się przekrój pozostałych uczestników seminarium. Wszystkich łączy ta sama pasja i podziw dla człowieka, który za chwilę rozpocznie dla nas trening...

Od tego momentu czas zaczął płynąć inaczej, albo przestał płynąć. Shihan pokazywał, tłumaczył, poprawiał nasze błędy; my ćwiczyliśmy kolejne techniki. Jak było zapowiedziane krążyliśmy w okół 3 i 2 kyu. Shihan Jhonny Bernaschewice jak zwykle, nie tylko pokazywał podstawy pracy z nożem i hanbo, ale również tłumaczył zasadność każdego ruchu, co formuje niezwykłą spójność i logikę technik szkoły Chi Ryu. Nie obeszło się i bez detali, które stanowiły esencję form. Trening zakończyliśmy inspirującymi i rozwijającymi kombinacjami. Nie zauważyłem kiedy minęły 2,5h, żal było opuszczać matę.

W przerwie obiadowej czekała na mnie kolejna niespodzianka, gdyż miałem zaszczyt uczestniczyć w obiedzie z Shihanem i instruktorami Chi Ryu. Wspaniały posiłek złożony z lokalnych specjałów prześcigało jedynie doborowe towarzystwo i rozmowy, w tym opowieści Shihana. Bardzo dziękuję za zaproszenie :)

Pamiątkowe zdjęcie. Od prawej: sensei Dariusz Pietrzak, sensei Artur Czelny, Shihan Jhonny Bernaschewice, sensei Łukasz Jassa i ja, w seiza Michał Kozak.Drugi trening sobotni poświęcony był Kobudo. Zaczęliśmy oczywiście od podstaw Bo, aby płynnie przejść do części kata Syushi-no kun i pierwszego bunkai. Instruktorzy mieli również okazję przećwiczyć całe Syushi-no kun i Chu-no kun. Dalej zajęliśmy się nunchaku oraz tonfami. Shihan Jhonny kładł nacisk na kontrolę, kontakt i poprawność zadawanych uderzeń i odkrywał przed nami kolejne aspekty używania tych dwóch broni. Całość treningu zamykało bunkai bo-tonfy oraz kombinacje z nunchaku i, dla instruktorów, kata z nunchaku. Po treningu Shihan zademonstrował jeszcze kilka technik relaksacji, które każdy mógł wykonać z partnerem, i co też istotne, bardzo się przydały ;-) Wymęczeni, ale zadowoleni opuściliśmy salę i udaliśmy się w kierunku bazy noclegowej. Drogę umilały nam fajerwerki po koncercie zespołu Zakopower, który odbył się w okolicach końca naszego treningu po drugiej stronie ulicy (ogranizator przeszedł sam siebie ;-) ).

Nie był to jednak koniec atrakcji tego wieczoru. Po 20 zebraliśmy się w zamówionym góralskim lokalu aby uczcić XV-lecie Chi Ryu w Polsce dodatkowo tortem i imprezą piwno-oscypkową, hej! ;-) Wspaniała atmosfera jaka towarzyszyła spotkaniu i rozmowom po raz kolejny potwierdza, że Chi Ryu łączy ludzi nie tylko na macie, ale spaja ich przyjaźnią rozciągającą się poza granice dojo.

W niedzielę rano, rześcy i nawet wyspani ;-) rozpoczęliśmy trening Iaido, za którym podążył tening Jo jutsu. Pod względem technicznym skupiliśmy się na podstawach, ale były to również podstawy filozoficzne praktykowania każdej z powyższych sztuk. Shihan tłumaczył znaczenie iai, do, i jutsu, włącznie z przykładami. Materiał do głębszego przemyślenia.

Nasza załoga. Od lewej: Michał Kozak, sensei Artur Czelny, sensei Łukasz Jassa i ja.Po treningu przyszedł czas na podsumowanie i podziękowania dla Shiahana Jhonnego Bernaschewice za wspólne lata i to, jak inwestuje w rozwój Szkoły w Polsce. Bardzo miłym akcentem była obecność mistrzów, którzy pierwsi sprowadzili Shihana do Polski 15 lat temu, oraz wielu osób, które przez ten czas wniosły bardzo duży wkład w rozwój Chi Ryu w Polsce. Na ich ręce również spłynęły podziękowania i oklaski. Sam Shihan Jhonny wyraził radość i podziękowanie za ciepło z jakim zawsze jest u nas przyjmowany oraz za wolę i chęć pracy z nim na macie, nawet długie wyczerpujące godziny 8) Było nam bardzo żal, że to już koniec tego niezwykłego spotkania. Pozostaje życzyć adeptom szkoły Chi Ryu w Polsce kolejnych tak wspaniałych i jeszcze bardziej okrągłych rocznic oraz nieustannego rozwoju, który jest jednym z jej fundamentów.

Seminarium było na prawdę zrobione z rozmachem, klasą i na poziomie, dlatego jeszcze raz Domo Arigato Gozaimasu Sensei Rafał, za organizację, i oby takie spotkania powtarzały się jak najczęściej. Wrażenie, jakie pozostawiło u mnie słoneczne, pełne świeżego górskiego powietrza i widoków Zakopane, jest wciąż żywe. Droga spowrotem była całkiem przyjemna, w 7,5h byłem w domu. Podróż warta każdego kilometra! Na pewno tam wrócę :)

Zachęcam do obejrzenia fotek ze stażu w galerii Dojo Oświęcim.

Seminarium Goshin-ryu (19-20 kwietnia 2008, Tułowice k. Opola)

Foto-komiksowa relacja nie całkiem na serio ;-)

Tułowice 2008

Tułowice 2008

Tułowice 2008

Tułowice 2008

Tułowice 2008

ciąg dalszy nastąpi...

Jhonny Bernaschewice Shihan (18-22 lutego 2008, Hechtel-Eksel, Belgia)

Chi-Ryu Hombo Dojo: w seiza od prawej: Shihan Jhonny Bernaschewice i Sensei Przemysław Wiśniewski, stoją od prawej: Marek Gunia, Patrycja Pszczelińska i ja :-)Nie zdażyło mi się jeszcze seminarium z Shihanem Jhonny Bernaschewice, które mi się nie podobało. Nie zdażyło mi się również uczestniczyć w takim świetnym stażu do tej pory. W skali od 1 do 10 ma u mnie stanowczo 11! :) Ale zacznijmy od początku. Dla mnie była to pierwsza wizyta w Chi-Ryu Aiki-jitsu Hombo Dojo, tak jak i dla Marka i Patrycji. Z naszej czwórki tylko Sensei Przemek był Hombo Dojo już wiele razy. To stało się oczywiście naszą korzyścią, gdyż wiedział gdzie nas zabrać, on także w ogóle umożliwił nam wyjazd na to seminarium, za co jestem mu ogromnie wdzięczny :)

Droga do Belgii pomimo tego, że długa, była całkiem przyjemna a nawet wygodna, biorąc pod uwagę ilość sprzętu i bagażu jaki ze sobą wieźliśmy. Na miejscu byliśmy późnym wieczorem. Po krótkim lecz ciepłym przywitaniu z Shihanem rozgościliśmy się w dojo, zjedliśmy kolację i poszliśmy spać. Poranek był chłodny, wstaliśmy rześcy i gotowi do treningów...

Trenowaliśmy wg. systemu 2 treningów z Shihanem dziennie, oraz dodatkowego wieczornego, podczas którego utrwalaliśmy materiał. W poniedziałek Shihan zaczął od Chi-Ryu kihon kumite wyjaśniając nie tylko sam ruch ale również zasady praktyki kihon kumite. Następnie przeszliśmy do podstaw jodo oraz kumi jo. Na treningach kobudo rozpoczęliśy od zestawów hojo undo bo i sai aby następnie przejść do Syushi-no Kun Kata bunkai.

W środę drugi trening mieliśmy razem z grupą niemieckich i holenderskich kolegów (i koleżanki). Było to interesujące doświadczenie. Na tym treningu poznaliśmy cały 'rysunek' piątego bo kata - Shishi-no Kun. Dla odmiany poranek tego dnia był poświęcony Nage-no kata i ne-waza.

Podczas tych pięciu dni ćwiczyliśmy także nieco ken-jutsu, Shinto Kata, Chi-Ryu Aiki-jitsu (rzecz jasna!) i inne... Nie sposób opisać wszystko. Mnóstwo szczegółów, objaśnień form i nieustannej korekcji błędów składało się na wspaniały dar od Shihana. Ale moment, to nie wszystko! Tak, Shihan nie zatrzymał się na wyjaśnianiu wyłącznie wykonania technik. Podczas odkrywania przed nami kluczowych punktów technik oraz odpowiadania na nasze pytania starał się dać nam głęboki wgląd w Chi-Ryu, tak więc spędził dużo czasu wykładając nam także niektóre podstawy akupunktury a nawet języka japońskiego, co dla mnie było zarówno zaskakujące jak i głęboko fascynujące.

Chi-Ryu Hombo Dojo: Sensei Przemysław Wiśniewski i jaNierozłączną częścią seminarium był czas spędzony poza tatami i w tym miejscu mam przyjemny obowiązek zdać i zniego krótkie sprawozdanie ;-). Mieliśmy zaszczyt gościć u Shihana w domu jednego wieczoru aby wysłuchać jego opowieści m.in. z podróży na Okinawe. Było super! Odwiedziliśmy również panią Marię, mamę Shihana, która jest prawdziwie przesympatyczną kobietą. Znaleźliśmy też trochę czasu aby obejrzeć kilka filmów w naszym prywatnym 'dojowym' kinie (laptop Senseia Przemeka ;) ), co zwykle uzupełniało wieczorny relaks.

Podsumowując, było napawdę przyjemnie widzieć Shihana w tak dobrym zdrowiu i jak zwykle w świetnej kondycji. Ilość wiedzy jaką wlał nam do głów jest niesamowita a czas spędzony razem w Hechtel czyni to seminarium wyjątkowym i niezapomnianym na bardzo długo, jeśli nie na całe życie :)

Domo arigato gozaimas Sensei!

Kilka fotek ze stażu

Więcej fotek: Treningi i po treningach

Christian Tissier Shihan (17-18 listopada 2007, Kraków)

Sensei Tissier powiedział w niedzielę, że gdy ćwiczył w dojo u Yamaguchi Sensei i zdarzało się, że nie widział go przez tydzień, to aikido Yamaguchi Sensei zmieniało się do tego stopnia, że miał wrażenie iż musi się uczyć całego aikido od początku. Potem doszedł do wniosku, że pomimo nieustannej ewolucji techniki Yamaguchi Sensei główne zasady leżące u podstaw jego budo były stałe i niezmienne. I właśnie na niezmiennej bazie aikido Tissier Sensei starał się skupić przez większość stażu.

Sensei dużo tłumaczył o właściwej pozycji i budowie konstrukcji techniki oraz ich wadze dla naszej praktyki, i po raz kolejny patrząc na jego aikido miało się żywe potwierdzenie jego słów. Bardzo podobało mi się wyraźne rozgraniczenie pomiędzy tym, co jest ćwiczeniem służącym rozwojowi i budowaniu odpowiedniej konstrukcji a tym, co jest aplikacją wyuczonych ruchów. Zarówno w technikach "ćwiczebnych" jak i aplikacjach logika ruchu, kierunek i timing były jak zwykle perfekcyjne.

W treningu ken pracowaliśmy na nieskomplikowanych technikach, skupiliśmy się przy tym na szukaniu poprawnej pozycji w każdej chwili techniki. Wykorzystywaliśmy to w drugiej części niedzielnych zajęć ćwicząc już bez broni. Czystość przekładu ruchów z bokken na aikido u Sensei zawsze robi na mnie to samo piorunujące wrażenie.

Wśród technik nie zabrakło również swoistych "trade mark-ów" Tissier Sensei np. w postaci unikalnego kote-gaeshi. Pracowaliśmy również m.in. nad ikkyo ura i omote, irimi-nage oraz soto-kaiten-nage. Pojawił się również temat musubi - ciągłej czujności i związanej z nią zmiany "priorytetów" w trakcie techniki, w zależności od pojawiającego się nowego zagrożenia na bazie wspomnianego już kote-gaeshi. Podobało mi się również jak Shihan przekonywał aikidoków do szukania rozwiązań problemów poprzez aikido, czyli coś co znają, a nie np. poprzez pięść... ;-)

Czas pozatreningowy również był pełen atrakcji. Po pierwsze była to okazja do spotkania z przyjaciółmi. Dalej sam Kraków to miasto do którego mógłbym wracać bez względu na porę roku i warunki pogodowe. Podróż pociągiem już za Wrocławiem umilał prawdziwie zimowy krajobraz pól i lasów przykrytych śniegiem. W Krakowie śniegu i lodu również nie brakowało. Na sali w nocy było nieco zimno, ale spędzony wcześniej wieczór na kibicowaniu w barze polskiej reprezentacji i rozmowom "załogi" wyrównywał ew. minusy pobytu ;-) Do atrakcji niewątpliwie należały również znakomite obiady w chińskiej restauracji. Nawet wesoła podróż spowrotem nie dłużyła się aż tak bardzo... ;-)

Domo arigato wszystkim współuczestnikom wyjazdu za razem spędzony czas, a kto nie był niech następnym razem nie marnuje okazji!

Marian Wiśniewski Sensei (18-19 maja 2007, Poznań)

Kolejny udany staż w Shin Dojo :) Sensei Marian Wiśniewski, od stycznia tego roku już 5-ty dan, jak zwykle w dobrym humorze poprowadził 3 treningi dla grupy dorosłej i 2 dla dzieci. Przez cały staż pracowaliśmy głównie na "nietypowych" wejściach (jak nie yoko-men-uchi na "złą" stronę, to znowu zagarnięcie go przed sobą...) i kokyu-ho. Techniki nie były łatwe, ale warto było pracować. Szczególnie nad poprawnym kokyu-ho zamiast irimi-nage. Nasze kokyu-ho miało sprawdzić się w każdej sytuacji, nie zależnie czy uke atakował yoko-men-uchi, chudan-tsuki, czy nie atakował wogóle ;)

Sensei zwracał również uwagę na poprawne irimi-tenkany, używając do demonstracji dwóch jo, po czym jednym groził na wypadek powtarzania błędów ;)

Dużo wiedzy, dużo humoru, świetna atmosfera, choć w sobotę popołudniu było już dość ciepło. Na koniec stażu odbyło się wręczenie certyfikatów na stopnie kyu oraz... uroczyste życzenia "wszystkiego Wiśniewskiego" :D, "Sto lat" i wręczenie prezentów z okazji 50 urodzin Senseia (które zresztą kolejny raz obchodzi prowadząc staż w Shin Dojo). Nie obyło się również bez tortu ze świeczkami! Każdy dostał po kawałku, wiśniowy oczywiście :D

Domo arigato!

Staż z Soke Keido Yamaue - Świebodzin, Krosno Odrzańskie 11-13 maja

Był to pierwszy od dłuższego czasu tak poważny staż organizowany w ramach PAJJ, i muszę z tego miejsca podziekować organizatorom: mistrzom Mirosławowi Wiśniewskiemu i Mirosławowi Glazowi za worek wrażeń i pozytywnej energii jaki przywiozłem ze sobą ze stażu :) Niestety przez piątkowe nieporozumienie z pociągami moje ćwiczenie ograniczyło się jedynie do sobotniej sesji treningowej, a szkoda.

Soke Keido Yamaue jest posiadaczem 10 dan Yamaue Ryu Aiki Jutsu oraz 10 dan Nord Shaolin Kung Fu. Urodził się w 1946 roku. W tradycji jego rodziny wplecione jest budo, wujem jego ojca był Takuma Hisa, znany mistrz Daito Ryu Akiki Jitsu i on sam pobierał nauki budo od najmłodszych lat. Oprócz Daito Ryu uczył się także Go Ju Ryu Karate, Judo, Shorinji Kempo oraz wielu styli Kung Fu.
Jest on także mnichem w buddyjskich świątyniach: Cesarskiej Świątyni Daishoji oraz Cesarskim Pałacu Saga / Świątyni Daikakuji.
Obecnie mieszka i praktykuje w Danii, dużo podrużuje ucząc na stażach.

Soke Yamaue to interesująca postać. Przede wszystkim bardzo otwarty człowiek, ciągle uśmiechnięty i życzliwy. Cieszył się wyraźnie z przyjazdu i bardzo dużo chciał nam przekazać. Pierwsze zajęcia w sobotę rozpoczął właśnie od tłumaczenia specyficzności czasów samurajów w kontekście sztuk walki... na przykładzie etykiety seiza. Na zajęciach panował podział na grupy mistrzowie-uczniowie. Podczas gdy soke Yamaue prowadził grupę mistrzów nami zajmowali się najpierw sensei Mirosław Glaz a w drugiej części również sensei Mirosław Wiśniewski. Aż zatęskniłem za obozem w Niesulicach z 1999 roku... ;)

Techniki dostosowane były do poziomu grupy i warunków - nasza część nie miała maty, więc kończyło się głównie na obaleniach. Mata z mistrzami oddzielona była od nas wielką kotarą, co skutecznie uniemożliwiło jakiekolwiek podglądanie ;) Świetny wstęp do "dania głównego".

Soke Yamaue na wstępie tłumaczył postawy uczniów - mnichów[patrz ramka] - pokorne, uprzejme, ale jednocześnie zamknięte i czujne - w sam raz do odparcia niespodziewanego ataku. Dalej przeszedł do uwolnień z chwytów, zajęliśmy się tymi "aktywnymi", z przejściem do akcji neutralizującej.

Podczas półgodzinnej przerwy był czas na pamiątkowe foto z mistrzem oraz wpis w legitymacji Budo, resztę czasu sensei Yamaue niestrudzenie opowiadał i tłumaczył "kilka rzeczy" ;) grupce słuchaczy.

W drugiej części treningowej mieliśmy trochę mniej czasu z sensei Yamaue, ale za to zabrał nas na matę. Zostaliśmy przy chwytach, dla odmiany w suwari-waza oraz handachi. Po kilku technikach sensei zaczął serię prezentacji różnorodnych technik, już nie tylko w siadzie. Tłumaczył wartość techniki wykonywanej nie tylko w oparciu o mechanicznie zadawany ból, ale również w oparciu o przepływ energii Ki, szczególnie w postaci fali... Wyrazy twarzy kolejnych uke mówiły same za siebie, swojej nie widziałem, ale pewnie było podobnie ;)

Ceremonia, szatnia i do domu. Żałuję tylko, że było tak krótko, no i nie zdążyłem porozmawiać z wieloma sympatycznymi znajomymi, których już jakiś czas nie widziałem...

Fotek nie napstrykałem, ale kilka uprzejmych osób to robiło, można je zobaczyć tutaj.