2007
11.19

Sensei Tissier powiedział w niedzielę, że gdy ćwiczył w dojo u Yamaguchi Sensei i zdarzało się, że nie widział go przez tydzień, to aikido Yamaguchi Sensei zmieniało się do tego stopnia, że miał wrażenie iż musi się uczyć całego aikido od początku. Potem doszedł do wniosku, że pomimo nieustannej ewolucji techniki Yamaguchi Sensei główne zasady leżące u podstaw jego budo były stałe i niezmienne. I właśnie na niezmiennej bazie aikido Tissier Sensei starał się skupić przez większość stażu.

Sensei dużo tłumaczył o właściwej pozycji i budowie konstrukcji techniki oraz ich wadze dla naszej praktyki, i po raz kolejny patrząc na jego aikido miało się żywe potwierdzenie jego słów. Bardzo podobało mi się wyraźne rozgraniczenie pomiędzy tym, co jest ćwiczeniem służącym rozwojowi i budowaniu odpowiedniej konstrukcji a tym, co jest aplikacją wyuczonych ruchów. Zarówno w technikach “ćwiczebnych” jak i aplikacjach logika ruchu, kierunek i timing były jak zwykle perfekcyjne.

W treningu ken pracowaliśmy na nieskomplikowanych technikach, skupiliśmy się przy tym na szukaniu poprawnej pozycji w każdej chwili techniki. Wykorzystywaliśmy to w drugiej części niedzielnych zajęć ćwicząc już bez broni. Czystość przekładu ruchów z bokken na aikido u Sensei zawsze robi na mnie to samo piorunujące wrażenie.

Wśród technik nie zabrakło również swoistych “trade mark-ów” Tissier Sensei np. w postaci unikalnego kote-gaeshi. Pracowaliśmy również m.in. nad ikkyo ura i omote, irimi-nage oraz soto-kaiten-nage. Pojawił się również temat musubi – ciągłej czujności i związanej z nią zmiany “priorytetów” w trakcie techniki, w zależności od pojawiającego się nowego zagrożenia na bazie wspomnianego już kote-gaeshi. Podobało mi się również jak Shihan przekonywał aikidoków do szukania rozwiązań problemów poprzez aikido, czyli coś co znają, a nie np. poprzez pięść… ;-)

Czas pozatreningowy również był pełen atrakcji. Po pierwsze była to okazja do spotkania z przyjaciółmi. Dalej sam Kraków to miasto do którego mógłbym wracać bez względu na porę roku i warunki pogodowe. Podróż pociągiem już za Wrocławiem umilał prawdziwie zimowy krajobraz pól i lasów przykrytych śniegiem. W Krakowie śniegu i lodu również nie brakowało. Na sali w nocy było nieco zimno, ale spędzony wcześniej wieczór na kibicowaniu w barze polskiej reprezentacji i rozmowom “załogi” wyrównywał ew. minusy pobytu ;-) Do atrakcji niewątpliwie należały również znakomite obiady w chińskiej restauracji. Nawet wesoła podróż spowrotem nie dłużyła się aż tak bardzo… ;-)

Domo arigato wszystkim współuczestnikom wyjazdu za razem spędzony czas, a kto nie był niech następnym razem nie marnuje okazji!

Brak komentarzy

Dodaj własny komentarz